niedziela

Stoję sama, na przeciwko mnie Twe serce, biegnę co sił, ale nie potrafię dobiec. Bo światła. Światła są czerwone, a ja muszę żyć zgodnie z przepisami. Wydaje mi się, że umieramy.
Książki czekają, aż dłonie, które zawsze się trzęsą wezmą je, i otworzą. Ale nie. Nie sprawie im tej przyjemności. Syzyfowe prace, uparcie leżą na łóżku, pora przeczytać. Za oknem piękne słońce, jak nachlane tupocze po niebie. A Ja nie mam kurtki na wiosę, ani butów. Glany wyryły mi ślady na stopach, choć ludzie mnie ostrzegali. Kogo to obchodziło, nie mnie. Myślę o Twojej chorobie, i wiem, że i Ja jestem chora. Oddałaś mi cząstkę swego cierpienia. Sama chciałam ją przyjać, i aż przesiąkłam nią. Mundurek nadal w praniu, choć o godzinie siódmej zawiśnie na moim ciele. We wtorek urodziny, choć nie mam z czego się cieszyć. Chyba tylko z tego, że mama ma urlop, czyli codzienne awantury wywołają u mnie wymioty. Huśtawki są zimne, ręce mam zimne, kawa jest zimna, i Twoja reakcja zimna. Idę na randkę z Syzyfowymi pracami, oh!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

O mnie

Moje zdjęcie
tam spojrzy, gdzie indziej się uśmiechnie, wywoła zamieszanie i odejdzie.